Prace literackie naszych uczestników

Ładny kawałek świata...

Świadek wieku...

Pisać kreatywnie...

Najważniejsza jest rozmowa z ludźmi

Świat nasz - a tamten...

Człowiek, z którym rozmawiamy, orientuje się szybko, czy mamy wobec niego
uczciwe intencje, czy naprawdę staramy się go zrozumieć i poczuć to, co i on czuje.
Słowem: czy widzimy w nim jedynie temat, czy przede wszystkim człowieka.
Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman,
Reportaż – opowieść o tym, co wydarzyło się naprawdę,
w: Biblia dziennikarstwa,
pod red. Andrzeja Skworza i Andrzeja Niziołka,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010
Karolina Malesa
Świadek wieku - Apolonia Wolska z Kozieńca
Jest skromnie, ale nie do opisania rodzinnie i przytulnie. Spokojnie,
bezpiecznie. Siadam na krześle w ogródeczku, a na stolik trafiają czekoladki. Do uszu
docierają troskliwie brzmiące dźwięki.
– Proszę, proszę się częstować.
Zaczynamy?
Przeprowadzę wywiad. Wysłucham opowieści. Jestem gościem nie byle kogo –
przede mną siedzi Apolonia Wolska, stuletnia (!) mieszkanka Kozieńca. Z pokorą
wyciągnę dla siebie lekcję na przyszłość.
Niewiele jest chwil, które chciałaby przeżyć jeszcze raz – codzienność
w odradzającej się II Rzeczypospolitej nie należy do najłatwiejszych. Chwiejna
stateczność zrujnowana zostaje szybko przez wybuch drugiej wojny światowej.
Apolonia bierze ślub w 1938 roku, aby już kilkanaście miesięcy później pożegnać się
z mężem na sześć i pół roku.
– Ogromnie ciężkie czasy, ale to nas tak zahartowało… – dodaje.
Bez wahania za najwyższą wartość uznaje rodzinę. Najpiękniejszym
wspomnieniem jest przyjście na świat dzieci.
– Sąsiedzi też, najbliżsi… Mam przyjaciół, dlatego żyje się tak długo. Jest
okej! – mówi z uśmiechem.
Zadaję pytanie o tę energię, radość.
– Niczego bym nie chciała powtórzyć, cieszę się każdą chwilą i kolejnym
dniem. Jestem zadowolona ze swojego życia.
– A recepta na spokój?
– Być uczynnym dla ludzi, nie zazdrościć niczego nikomu.
Proste, choć dzisiaj często tak trudne do wykonania.
W 1940 roku składa przysięgę Batalionom Chłopskim. Pod osłoną nocy we
własnym domu organizuje kursy dla sanitariuszek. Wraz z rodziną ukrywa uciekiniera
z Alei Szucha w Warszawie.
– Myśmy nawet nie wiedzieli, kto to jest, dopiero po wojnie w jakiejś książce
przeczytaliśmy. Znamy los do pewnego momentu, potem ślad się urywa.
Cztery lata później trafia na kurs do warszawskiego szpitala. Tuż przed
wybuchem powstania grupa sanitariuszek zostaje odesłana do domów. Apolonia
dopełniając swoich obowiązków pod jedną z poduszek znajduje broń – szpieg (!?),
a pod drugą w tej samej sali prasę konspiracyjną – swój! Zasłania sobą zagrożony
dekonspiracją materac, a przed opuszczeniem szpitala słyszy wołanie. Krótka
rozmowa. „Kryty” pacjent zdaje sobie sprawę, że dzięki niej zachował życie, żegnają
się serdecznie i żadne z nich nie zna swoich dalszych losów.
– Strach?
– Nie, to było normalne, nie było lęku. Jeśli kogoś szukali, to wiadomo, co by
było, o sobie się nawet nie myślało, czy to było bezpieczne czy nie. Ja całe życie
chciałam służy ludziom. I w czasie wojny, żeby w naszym domu było dobrze.
Zawsze tu było pełno ludzi. Pamiętam, jak poszłam doić krowę i dzieci, co tu
zjechały, razem ze mną. Każdemu nadoiłam do kubeczka, mnóstwo piany było i ile
miały radości, bo sobie wąsy z mleka robiły.
Ze spokojem w głosie dodaje, że wolę walki i przetrwania ma się w sercu.
Jedyne, co trudno jej zaakceptować to ludzka niewdzięczność.
– Co się pomogło, to zapomniane. Zaraz po wojnie nas obrabowali. A potem
jak powstawała lista poległych z naszych terenów, to ja powiedziałam, żeby ich
(rabusiów) na nią nie wpisywać, bo by wstyd przynieśli całej reszcie nazwisk.
– Sto lat?
– Normalnie się żyje! – stwierdza pani Apolonia.
– Czego życzyć?
– Zdrowia tylko!
Wywiad został przeprowadzony 11 lipca 2019 roku
w domu Apolonii Wolskiej w Kozieńcu, gm. Siennica Różana