Prace literackie naszych uczestników

Ładny kawałek świata...

Świadek wieku...

Pisać kreatywnie...

Najważniejsza jest rozmowa z ludźmi

Świat nasz - a tamten...

W reportażu świat pachnie, smakuje, jest mroźny lub gorący, jasny albo mroczny.
Budzi spokój, wstręt albo strach. (…)
Czasem podejmujemy się tematów, które były już głośne, ale nie widzimy w tym
zagrożenia. Musimy jednak mieć pewność, że opowiemy je po swojemu. (…)
reporter nie może tylko przyjść i dowiedzieć się, reporter musi też chłonąć. Na to
nikt dzisiaj nie ma czasu. Reporter musi go mieć.
Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman,
Reportaż – opowieść o tym, co wydarzyło się naprawdę,
w: Biblia dziennikarstwa,
pod red. Andrzeja Skworza i Andrzeja Niziołka,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010
Julita Kusy
Ładny kawałek świata
Nie cierpię lenistwa.
Właśnie dlatego, by móc odsunąć się możliwie jak najdalej od pojęcia
hipokryzji, podjęłam decyzję, by się przejść. Naprawdę, nie znoszę, kiedy ludzie,
którzy przyjeżdżają w nowe miejsce i z założenia pełne ciekawych rzeczy, czekających
na odkrycie bądź opisanie, siedzą w swoim lokum, zaś ich jedyną rozrywką jest
odpalenie Netflixa oraz oczekiwanie na kolejny sezon serialu.
Gwoli ścisłości, nie wyszłam na ten spacer sama – miałam ze sobą dwie
Karoliny, które równie ochoczo jak ja opuściły przemiły przybytek. Chociaż wiatr
smagał nas po twarzach niczym pozbawiony serca dżokej swojego biednego,
przetrenowanego konia, poprzysięgłyśmy, że zwiedzimy – chociaż pobieżnie –
Siennicę Różaną, miejscowość, w której się znalazłyśmy,.
Spacerując tu i tam, mijając plac zabaw, szkołę, amfiteatr, podziwiałam. Ładna
ta Polska Wschodnia, taka Wschodnia Ściana, niektórzy rzec mogliby – zaścianek.
Albo zadupie. Różnie to bywa z tymi nazwami. Że to takie zapyziałe, nudne, ogólnie
rzecz biorąc – nieciekawe. Ja tam nie wiem, przywykłam. Na Lubelszczyźnie
mieszkam dwadzieścia lat, czyli właściwie dokładnie tyle, ile na tym Bożym świecie
egzystuję.
Drepczemy niespiesznie, robiąc zdjęcia, pozując do nich, bądź robiąc zdjęcia
i pozując do nich jednocześnie – jakże wspaniałym wynalazkiem ludzkości jest selfie.
Selfie na Instagrama, na Facebooka, na Snapchata, do albumu, ale tylko tego w
smartfonie, głupie i zabawne, albo śmieszne, albo urocze. (Z tymi portalami
społecznościowymi i aplikacjami żartowałam. Z zasięgiem bywają tu problemy).
Wpadamy do amfiteatru, schowanego między drzewami, skrytego w środku
parku. Za sceną, otoczona wysoką trawą, woda. Większa niż sadzawka, ale mianem
jeziora ani stawu raczej bym jej nie ochrzciła. Ciągle wieje. I zimno. Ale pachnie
ładnie, bardzo ładnie. Chociaż jest początek lipca, to pachnie już jakby jesienią.
I nagle się pojawiają. Nie wszystkie trzy jednocześnie – najpierw widzę jedną,
malutką, przebierającą swoimi śmiesznymi łapkami, przypominającymi łopatki do
zabaw w piaskownicy. Potem widzimy większą – sądząc po kolorze jest to kaczucha
płci pięknej, a oceniwszy ogólną sytuację w bajorku, ukazała się nam mama
nadciągającej ptaszyny.
Łącznie są trzy. Malutkie, futrzaste, puchate, niekoniecznie piękne, ale urocze jak
najbardziej. Każda wystartowała z innego brzegu – pewnie się pokłóciły. Jak to
siostry, tak bywa w rodzinie.
– Były cztery.
Mężczyzna jest w wieku bliżej nieokreślonym. Zbliża się do nas od strony bramy
wjazdowej, trochę kuleje. Z góry zakładam, że jest pod wpływem. Pierwsza myśl nie
zawsze jest najlepsza, ale ludzie mieszkający w moich stronach i odznaczający się
takim oto wyglądem oraz ogólną aurą zazwyczaj mają, miewają lub mieli styczność
z gorzałką.
– Teraz to już duże są, ale jak mniejsze były, to szczupak jedną zjadł.
Szczupak. W historii pojawia się antagonista. A może kaczuszki wcale się nie
pokłóciły? Co, jeśli złowieszcza kreatura wynurzyła się z głębin i rozproszyła wesołą
rodzinkę, przepływającą po tafli? Może dopiero teraz były w stanie spotkać się na
nowo, wejść do wody bez strachu.
Patrzę na kaczuszki. Co one czują? Pamiętają? Cierpią? Wiatr robi się
chłodniejszy, a szelest poruszanych przez niego liści – coraz bardziej złowieszczy.
Faktycznie się przejęłam.
Każdy kolejny krok nasączony jest historią żywych odpowiedników ulubionych
zabawek toddlersów, towarzyszącym maluchom w kąpieli. Małe miejsce, a pełne
tragedii. A może szczęścia? W końcu szczupak mógł pozbawić życia dwie puchate
kuleczki.
Mijamy sklep – kolejny staw, tym razem parka łabędzi. Ciekawe, czy mają dzieci.
Może straciły? Kolejne kaczki. Pięknie tu. Trawa jest bardziej zielona. I cisza,
przejmująca cisza, od czasu do czasu przerywana warczeniem samochodu.
Całkiem ładny ten koniec świata.
A jaki pełen życia.